BOURNEMOUTH – MALOWNICZA WIZYTÓWKA DORSET
… ” Kiedy się ma coś na stałe, za darmo, nie docenia się tego. Czasem trzeba to stracić, by zrozumieć, co się straciło”…
M. KALICIŃSKA, „DOM NAD ROZLEWISKIEM”.

Kiedy ponad dwa miesiące temu, zamieściłam mój tekst o Lanzarote, miejscu, które zyskało szczególne miejsce nie tylko na mojej liście częstych powrotów, ale i w moim sercu uzależnionym od podróżowania, nie spodziewałam się, że będzie to ostatni wpis przed tym co miało nastąpić – globalną epidemią, uniemożliwiającą jakiekolwiek przemieszczanie się…. Kiedy pod koniec stycznia, wracając z Krakowa do Londynu, pstryknęłam fotkę cudownego wschodu słońca przez okno samolotu, nie miałam pojęcia, że będzie to ostatnie zdjęcie, jakie zrobię podczas podróży…. Kiedy lądując wówczas na London- Stansted w potwornej mgle, narzekałam na zimę, na pogodę, na opóźnioną podróż, nie wiedziałam, że takie problemy będą dosłownie niczym, w porównaniu z tym, co czekało na mnie, na nas , zaledwie kilka tygodni później….

W dniu, kiedy dowiedziałam się, że z racji specyfiki mojego miejsca pracy, nie mogę się w nim pojawić do odwołania, jeszcze nie do końca chyba docierało do mnie, co dzieje się ze światem…. Potworny natłok sprzecznych, wykluczających się informacji, rosnąca panika karmiona skutecznie przez media, lawina teorii, tych spiskowych i tych pseudo naukowych, niespotykane dotąd zamieszanie, zamęt , chaos… Tylko to byłam w stanie zarejestrować, aby dojść do przerażającego mnie wniosku – świat się zamykał….

Nie każdy do końca jest w stanie zrozumieć, co dzieje się wówczas w umyśle osoby, dla której możliwość przemierzania kuli ziemskiej jest jak zaczęrpnięcie powietrza po biegu pod stromą górkę, lub jak dzień wolny po tygodniu ciężkiej pracy… Szczerze? Ja też nie do końca wiedziałam. Aż do tej pory…

Fala kolejnych odwołanych lotów, jaka przetoczyła się przez moją mailową skrzynkę, urosła w mojej świadomości do rozmiarów i skutków tsunami. I mam tu na myśli nie tylko kwestie finansowe. Te spadły na ostatni z planów. Fakt, że odbierano mi sekunda po sekundzie, to co było dla mnie oczywiste i zawsze dostępne, a przede wszystkim niezwykle ważne, zaczął dosłownie paraliżować moje normalne myślenie…

Ale, że co? Że granice zamknięte? Że loty się nie odbędą do odwołania? Że mam siedzieć w domu??? Przystosowanie się z dnia na dzień, do codzienności zapełnionej od restrykcji, jest potwornie trudne. Odnalezienie się w niej wymaga nie tylko czasu, ale i wielkiego nakładu pozytywnego i racjonalnego myślenia. Poszukiwanie jakichkolwiek jasnych stron zaistniałej sytuacji, wszystkim nam razem, jak i każdemu z osobna, szło i nadal zresztą idzie, bardzo różnie….

Ja osobiście, postanowiłam zaprzestać zamieszczania historii o moich dotychczasowych podróżach. Nie tylko dlatego, że wydało mi się to mało sensowne, w czasach kiedy i tak nigdzie się nie można ruszyć, ale i z powodu mojej rosnącej wówczas w siłę ” podróżniczej depresji”…

Co się zmieniło zatem, że zmieniłam zdanie i wracam z nowym tekstem? Niewiele… W zasadzie chyba tylko to, że wiosna w tym roku w Londynie łaskawa i piękna. Niemal letnia, słoneczna pogoda, pozwoliła powoli nakierować moje nastawienie według, moich własnych przecież zaleceń… Sama napisałam już kiedyś, w jednej z opowieści, że podróżowanie niekoniecznie musi się wiązać tylko i wyłącznie z palmami i słońcem. W życiu trzeba mierzyć siły na zamiary. Pamiętając jednak, aby nad siłą pracowaći wyznaczać nowe zamiary.

Dlatego nadszedł czas, aby przymomnieć sobie co mamy „za płotem” 😀
Bournermouth – nadmorskie miasteczko w brytyjskim Dorset, nie jest co prawda dosłownie za moim płotem ( niestety 😦 ), jednak dostać się do niego z Londynu jest bardzo łatwo, a podróż tam nie kosztuje milionów monet :D. Można wybrać się tam pociągiem, oczywiście autem, ale równieć busem National Express. To malownicze miejsce postanowiłam pokazać Wam w mojej pierwszej historii o zakątkach w Zjednoczonym Królestwie.

Założony na początku XIX wieku, dzisiejszy kurort, położony jest nad Kanałem La Manche. Region ten, zwany tzw hrabstwem ceremonialnym, ma swoją bogatą, sięgającą średniowiecza historię. I nie da się ukryć, że ma w sobie wyjątkowe „to coś”. Nie omieszkał nas o tym poinformować gospodarz, u którego wynajęliśmy przytulny pokój na siedem dni. Kiedy grzecznie zapytał nas skąd przybywamy, a my odpowiedzieliśmy, że z Londynu, miły starszy pan rzekł z uśmiechem : ” Z Londynu? Cóż, po kilku dniach w naszym miasteczku, już nigdy nie będziecie chcieli nadal mieszkać w Londynie”….

Niestety, miał rację. Myśl o przeprowadzeniu się z brytyjskiej stolicy do jakiejkolwiek nadmorskiej miejscowości, nie opuściła mnie od tamtej ani na chwilę 😀 🙈
Nasza wyprawa do Dorset była przygotowana, nie bójmy się tego słowa – średnio 😂🤷♀️… Planu jako takiego nie mieliśmy, postanawiając iż wszystko ogarniemy na miejscu. Dziś, mogę Wam polecić oficjalną stronę turystyczną Bournemouth. Można tam znaleźć listę atrakcji dostępnych w miasteczku, jak i okolicznych Pool, Christchurch, czy Ringwood.

Oprócz typowo turystycznych miejscówek – typu : molo, centra handlowe, resturacje, plaże, rejon ten posiada szczególnie przyjemne dla miłośników natury, atrakcje. Jednym z nich jest Dorset Heavy Horse Farm Park, liczne ogrody i parki , czy piękne oceanarium.
W okolicy możemy podziwiać plaże Boscombe, gdzie znajdują się okazałe klify, słynne Durdle Door, naturalny łuk wapienny na Wybrzeżu Jurajskim, czy niezwykły New Forest, gdzie idąc ulicą, trzeba ustąpić miejsca lokalnym osiołkom 😀 A naturę tam można podziwiać nie tylko wzrokowo. W lokalnych sklepikach z pamiątkami i specjałami, można się na przykład zaopatrzyć w przepyszne nalewki, likery, i inne wódeczki, lub wina 🙂

Po Bournemouth można się poruszać autobusami tzw Yellow Buses, lub oczywiście pieszo. Do dalszych wypraw, najlepiej skorzystać z South Western Railway. To urocze nadmorskie miasteczko posiada również międzynarodowe lotnisko. Całość wiadomości na temat transportu publicznego można sprawdzić na oficjalnej stronie.
Ci, którzy mają mało czasu na zwiedzanie śmiało mogą skorzystać z busa HopOnHopOff . Na jednodniowe wycieczki można również wybrać się do Bath, Cardiff, lub aby zobaczyć Warwick Castle.

Piaszczyste plaże, malownicze krajobrazy, zapach morskiej bryzy znad Kanału La Manche, to tylko niektóre zalety Dorset i jego niewielkich miejscowości. Niewielkich rzecz jasna w porównaniu z Londynem. I pomimo, iż w normalnych okolicznościach przyjeżdża tu spędzić swoje wolne dni co roku mnótswo turystów, nie ma tu tak charakterystycznego dla angielskich, wielkich aglomeracji, pośpiechu, hałasu, tłumów w lokalnym transporcie.

Zwiedziliśmy Bournemouth i okolice ładnych parę lat temu. Nie do końca pamiętam już dlaczego mój wybór padł właśnie na to miejsce na mapie. Prawdopodobnie były to internetowe fotki z Durdle Door. Dziś jednak już wiem, dlaczego chętnie wybrałabym się tam ponownie. Przede wszystkim, aby eksplorować te miejsca, o których wtedy nie wiedzieliśmy, że są w pobliżu, ale również, by odwiedzić naszego sympatycznego gospodarza. Powiedzieć mu, że jak najbardziej miał rację co do faktu, jak łatwo można się uzależnić od morskich krajobrazów 😀

Za fotki z Bath serdecznie dziękuję Grace Szemborowska 😉 .






