WETLANDS & MARCHES – MOJA LOCKDOWN OAZA
…” Przyzwyczajenie to zadziwiająca rzecz. Wystarczy, żeby zabrakło jednego elementu, i człowiek się czuje, jakby kawałek świata go porzucił…”
H.MURAKAMI – „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”
Tego tematu nie sposób było uniknąć…
Dorosły człowiek chyba nie do końca zdaje sobie zazwyczaj sprawę z tego, jaki wpływ na nasze życie mają przyzwyczajenia… Nie zauważając nawet kiedy, zaczynamy żyć według oplatającej nas, niczym pajęczyna, rutyny. Nawet, jeśli ta rutyna dotyczy sposobów na spędzanie wolnego czasu, naszych pasji, czy planowania codziennych, prostych czynności, jesteśmy przekonani o ich powtarzalności i trwaniu…

Aż nadchodzi dzień, kiedy czas, świat, rzeczywistość zamiera na moment tylko po to, aby zmienić wszystko o 180 stopni. Z dnia na dzień wszyscy, na całym świecie zostaliśmy zmuszeni do zostania w domu, w niektórych przypadkach zrezygnowania z pracy, a nawet całkowitej izolacji. Jestem przekonana, że żaden z nas witając Nowy Rok, nie przewidział takiego obrotu spraw….

W każdym kraju na ziemi, „godzina zero” wybiła w innym czasie, i wyglądała inaczej. Konsekwencje jednak wszędzie były zbliżone. Poszliśmy spać w wolnym, nieograniczonym świecie, aby obudzić się w nieprawdopobnie dziwnej, restrykcyjnej rzeczywistości, pełnej strachu, niepewności i niejednokrotnie głębokiego zwątpienia. Uwięzieni w czterech ścianach, z nakazem zakrywania twarzy podczas przebywania na zewnątrz, nagle zostaliśmy zmuszeni do stosowania się do zasad nie tylko nam dotąd nie znanych, ale przede wszystkim ograniczających wiele naszych swobód…. Nie chcę teraz wnikać w genezę tego, czy było to ( i jest nadal ) konieczne, czy to, że niektórzy z nas od kilku miesięcy czują się jak w więzieniu, jest stwierdzeniem na wyrost, są to odczucia subiektywne, i musimy się pogodzić z tym, że nie będziemy ich wszystkich w stanie zrozumieć.
Tak, czy inaczej, każdy z nas, w okolicach marca tego roku, został postawiony przed faktem dokonanym, a jego życie zostało odwrócone dosłownie do góry nogami… Z najróżniejszych powodów….. Nie muszę ich tu chyba nawet wymieniać…..

Z tego samego powodu każdy z nas zaczął budować swój własny „zastępczy świat”. Jedni z Netflixem w tle, lub z wirtualnymi obrazami na konsolach, inni próbując zająć się czymś w miarę produktywnym. Jestem przekonana, że ani jednym, ani drugim, ani też tym, którzy mimo okoliczności pozostawali w pracy, budowanie nowej rzeczywistości nie przyszło łatwo. Tym bardziej, że teraz już wiemy, naprawdę wiemy, że nic nie trwa wiecznie, na nic nie mamy gwarancji, nic nie jest obiecane…

W zależności od miejsca przebywania, jak szybko dowiedzieliśmy się z wiadomości, zaczęto egzekwować różne restrykcje co do ,tak prostej na co dzień,czynności, jak wychodzenie z domu. Ja należę do tych szczęśliwych osób, które mogły nie tylko zacząć się cieszyć swoim budzącym się do wiosennego życia, ogrodem, ale również możliwością wyjścia na jeden spacer dziennie. Przyzwyczajona do częstych wyjazdów, planowania wypraw w cieplejsze od Londynu miejsca, zbierania informacji na temat nieprzetartych szlaków, nagle zostałam postawiona przed moją jedną, jedyną opcją – spacerem….

Nie wiem, czy u każdego proces przetwarzania informacji przebiegał tak samo. Ale odczucia zapewne były podobne. Najpierw wystąpił bunt, poczucie niewytłumaczalnej niesprawiedliwości, które zaczęły ustępować smutnej bezsilności, oraz rosnącemu poczuciu beznadziejności sytuacji i konieczności poddania się, cokolwiek miało by to znaczyć…. Na tym etapie szybko należało się zorientować, że ważne jest aby coś zacząć ze sobą robić. Cokolwiek, aby nie oszaleć…

I znów, wbrew pozorom, dało się dostrzec pewne pozytywy w tym niezwykłym chaosie. Setki zdjęć na Instagramie z wypiekami, łakociami, domowymi siłowniami, sadzeniem kwiatów, czytaniem książek, itp, itd… Świat próbował się bronić przed paranoją marazmu i przed utratą nadziei….

Czy zatem ja również wyłapałam ten właściwy moment, żeby zmusić się do skierowania tej globalnej katastrofy w jakimś pożytecznym i owocnym kierunku? Tak sobie teraz myślę, że chyba tak. Że chyba w ostatnim momencie… Mimo, że nadal nie jestem pewna, czy jakieś efekty tego będą… Nie chcę zapeszać, więc póki co nie będę się tu rozpisywać, jak chciałabym wykorzystać moje nowe kwalifikacje, jakie zdobyłam podczas lock-downu… 😀

Ale oprócz kwalifikacji, starałam się też mimo wszystko skupić na korzystaniu z tego jakże luskusowego przywileju, jakim było wówczas wyjście na powietrze. Jak cenne to było, mogą się zapewne domyślić wszyscy Ci, mieszkający w krajach, gdzie aby wyjść nawet na konieczne zakupy, należało mieć przepustkę… Dlatego właśnie, zaczęłam codziennie odwiedzać moich bliskich sąsiadów – Walthamstow Wetlands i Walthamstow Marches. Parki, które zazwyczaj odwiedzam tylko latem, a czasem tylko aby pokazać tę okolicę znajomym lub przybywającym w odwiedziny… I naprawdę, dziś nie wiem jak byłabym w stanie przejść przez ten czteromiesięczny, trudny okres, bez możliwości wybrania się do tych naszych lokalnych rezerwatów przyrody….
Walthamstow Wetlands jest naturalnym rezerwatem przyrody znajdującym się na ponad 200 ha we wschodnim Londynie. Jest częścią Lee Valey Reservoir, stworzonym w latach 1853-1904. Obecnie należy do Thames Water, a wejście na jego teren jest całkowicie bezpłatne. Głównymi mieszkańcami rezerwatu są różnego rodzaju ptaki, zarówno zimujące w Londynie, jak i migrujące. Na jego terenie do dziś znajdują się dwa wiktoriańskie budynki : Coppermill oraz Marine Engine House. Dzięki natomiast Greater London Authority wszyscy możemy korzystać z 3km ścieżek rowerowych pomiędzy Woodberry Wetlands in Manor House.

Wielbiciele obserwowania ptactwa w ich naturalnym otoczeniu mogą tu podziwiać między innymi : kaczki, łabędzie, czaple, a nawet kormorany i kuliki. Lista latających mieszkańców Walthamstow Wetlands jest długa i ciągle ulega zmianie. Oficjalne dane podają liczbę około trzystu różnych gatunków.

Walthamstow Werlands mają również swoją stronę internetową, którą warto odwiedzić, zwłaszcza jeśli przybywacie z dalszych części Londynu, lub UK. Można tam znaleźć aktualizowane na bieżąco wiadomości na temat organizowanych tam eventów, czy sposobów na miłe spędzenie czasu na świeżym, wbrew pozorom, londyńskim powietrzu 😉 Do dyspozycji odwiedzających jest zazwyczaj mała kafejka, sezonowe wystawy, czy też zakupy w lokalnym sklepiku. Jedynym ostrzeżeniem dla tych, którzy się w nasze okolice będą wybierać, niech będzie informacja o ciągłym wietrze na tym terenie 😀 Wieje, oj wieje nam tutaj zdrowo 😀

Bezpośrednim sąsiadem wschodniolondyńskich Wetlands są Walthamstow Marches. Nieco mniejszy od terenu jezior, zajmujący ponad 30 ha rezerwat, powstał na początku XX wieku, jednak jego historia sięga jeszcze wcześniejszego okresu. Całość jest jednym z ostatnich tego rodzaju parków na terenie Londynu. Różnorodność roślinności, owadów, ptaków i niektórych ssaków w ich naturalnym otoczeniu, przyciąga nie tylko zawodowych botaników, fotografów, ale i wszlekiego rodzaju pasjonatów ekologii i malowniczych krajobrazów.

To tutaj wczesnym rankiem wiosną, lub na początku lata można spotkać zielarzy, zbierających „swoje plony”, tutaj możemy poobserwować mieszkańców łódek, stacjonujących na kanale, czy chociażby amatorów wszelkiego rodzaju aktywności fizycznej. W tym roku, nie da się ukryć, było nas tam jeszcze więcej…

Walthamstow Marches i Wetlands stały się na ponad cztery miesiące naszą oazą, naszą ucieczką przed zamknięciem w czterech ścianach… Prawdopodobnie niektórzy z nas, po raz pierwszy mieli okazję zaobserwować jak z zimowej szaty, nasz rezerwat budził się wiosennie do życia, aby na koniec pięknie rokwitnąć latem 🙂
Wzdłuż Walthamstow Marches płynie River Lea. Po jej drugiej jej stronie znajduje się Spriengfiels Park należący do dzielnicy Hackney. W przeciwieństwie do Marches, ten Park znajduje się na wzniesieniu, noszącym nazwę Wilson Hill. Ze wzgórza tego roznosi się piękny widok na wschodni Londyn.
W parku jest dostępnych wiele małych sportowych obiektów : korty tenisowe, tereny do krykieta, czy rugby. Małe stawy, ogrody, i kafejka White House Mansion. Całość jest naprawdę uroczym, przyjemnym miejscem, przyjaznym tak dla samotnych spacerowiczów, jak i rodzin, które mogą zorganizować sobie tutaj miły piknik.

Ja sama również, mimo, iż mam te rezerwaty dosłownie „za płotem”, nigdy dotąd nie przyglądałam się uważnie, jak niesamowitą przemianę można tam zaobserwować. Wszystkim, którzy chcieliby nasze naturalne skarby zobaczyć na własne oczy, polecam się kierować na Blackhorse Road Station. Stąd do obu dotrzecie piechotą w jakieś 15min. Naprawdę warto. Niezalenie od tego, jaki powód znajdziecie, aby nas odwiedzić – każdy będzie dobry 😉
I jeszcze jedno – pamiętajcie – szukajcie ” za płotem ” swoich oaz 😉 One na pewno tam są ! Nigdy nie wiadomo, kiedy się znów przydadzą….















